„Bardzo bym chciała, aby młodzi ludzie podążali za swoją pasją” – rozmowa z Justyną Dobosz

W ostatnich dniach naszą uczelnię odwiedziła absolwentka Justyna Dobosz, freelancerka, kiedyś dziennikarka Przeglądu Sportowego. Z tej okazji studenci mieli możliwość uczestnictwa w zajęciach, na których podzieliła się swoimi doświadczeniami i radami zawodowymi.

Krystian Grądkowski, Coś Nowego: Dziennikarstwo sportowe jest dość specyficzną odmianą żurnalistyki. Czy podejmując studia wiedziałaś już, że chcesz iść w tę dziedzinę?

Justyna Dobosz: Od razu! Ja w ogóle miałam bardzo łatwą drogę, jeśli chodzi o wybór swojej ścieżki zawodowej, bo po prostu interesowałam się sportem. Mój tato grał w piłkę, mój brat grał w piłkę na różnych poziomach, mimo wszystko bardziej amatorskich, ale gdzieś tam tę czwartą, trzecią ligę zahaczyli. Oglądaliśmy wszystko co się dało, byłam wsiąknięta od dziecka, po prostu nie miałam innych zainteresowań, co może zabrzmieć trochę śmiesznie. U mnie na wsi nie było żadnych dziewczęcych klubów sportowych, więc ja grywałam z chłopakami, w szkole i poza nią. Wiedziałam, że nigdy nie będę zawodnikiem, no to co? Skoro nie zawodnikiem, to może będę o tym sporcie tworzyć. Pamiętam jak parę lat temu mieliśmy takie duże święta rodzinne, oczywiście wiadomo jak to rodzice, dziadkowie wspominają o wnukach dzieciach itd. i mój tato powiedział, że miałam w okolicach dziesięciu, jedenastu lat jak powiedziałam pierwszy raz, że ja będę w telewizji pracować i będę o tym sporcie mówić w jakiś sposób. Jeszcze wtedy nie wiedziałam co i jak, dzieciaczkiem byłam. Ja naprawdę miałam jeden kierunek, zdawałam przedmioty na maturze określone pod studia, wiedziałam jakie wybrać specjalizacje, w którym momencie mniej więcej zacząć pracę. Nie wiem czy to, że byłam tak określona spowodowało, że los mi sprzyjał, czy to ja sprawiłam sama swoimi działaniami, że mi służy. Trudno to określić, ale rzeczywiście, od razu wiedziałam i do tej pory poprzez studia i po zakończeniu studiowania faktycznie zawodowo zajmuję się tylko dziennikarstwem sportowym, oczywiście w różnym aspekcie.

KG: To chyba typowe, że ludzie, którzy nie przebili się w sporcie, przez brak możliwości, kontuzję czy po prostu niewystarczający talent, idą w stronę dziennikarstwa sportowego.

JD: Różnie bywa. Wiesz, jeśli ktoś trenuje z zamiłowania do sportu to faktycznie przy tym chce zostać. Mamy mnóstwo sportowców, którzy mają fundacje, stowarzyszenia, kluby sportowe dla dzieci, działają na wielu płaszczyznach. Wiele sportowców też pracuje w mediach po zakończeniu kariery. Idą gdzieś, szukają tego swojego miejsca, potrzebna im jest taka adrenalina, a media to dają. Zwłaszcza jeśli chodzi o jakieś wystąpienia na żywo, to jest troszeczkę porównywalne, przeżywanie swojego startu, a przeżywanie startu swojego kolegi jak się komentuje, opisuje, rozmawia po zawodach. Myślę, że dla sportowców profesjonalnych jest to pewien substytut i dlatego może taka droga.

KG: A czy przez to, że pasja stała się twoją pracą, nie miałaś momentów wypalenia?

JD: Nie, wiesz co z wypaleniem też jest trochę inaczej, bo wszystko zależy od tego co robisz, na jakich ludzi trafiasz, w jakim miejscu jesteś i od twoich własnych decyzji. Ja zawsze powtarzałam sobie, że jeśli czuję przesyt w danym miejscu spowodowany przez danego człowieka, bo nie ma szans przy takiej liczbie ludzi zawsze znajdzie się ktoś z kim dogadujesz się mniej, słabiej, jest bardziej zapalnie, a z kimś super i rozumiecie się bez słów. I zawsze sobie powtarzałam, że jak będę czuła, że coś zaczyna mnie pokonywać, że wracam z pracy sfrustrowana, smutna, zła i te emocje przenoszę na cokolwiek innego, to się będę poważnie zastanawiać nad tym jak się tego wyzbyć. Na szczęście miałam tylko dwa razy taką sytuację w życiu, właściwie od 2010 roku, więc trochę lat minęło i bardzo szybko udało się znaleźć rozwiązanie tych sytuacji, więc w moim przypadku jeszcze w o żadnym wypaleniu nie ma mowy. To też wynika z tego, że ja nie ograniczam się do jednego rodzaju materiału, nie jestem przy jednej dyscyplinie, nie jestem w jednej redakcji, bo jednak zahaczyłam tych miejsc dużo, to był i Przegląd Sportowy, Onet, PZPS, PZPN, Polska Liga Siatkówki, LangTeam, TVP Sport, Polsat Sport…. No po kolei po prostu, przez te trzynaście lat. To nie jest nawet kwestia tego, że wiesz, nie mogę zagrzać miejsca, tylko jednocześnie potrafiłam pracować dla czterech różnych redakcji, bo nie mam stałej pracy, nie mam umowy o pracę tylko jestem na kontraktach, firma – firma, umowa zlecenie na konkretny projekt, to też daje poczucie takiej świeżości.

KG: Z tego powodu musisz być chyba cały czas „pod prądem”?

JB: Wiesz co, tak. Ta praca jest specyficzna, oczywiście, ale uważam, że dzisiaj jestem w takim miejscu, że nie mam tego prądu. Jak dzisiaj ktoś ze mną współpracuje to wie, że ja potrzebuję czasu na montaż, ale zrobię dobrze i nie trzeba mnie osiem razy sprawdzać, że jeśli są umowy reklamowe to ich dotrzymuje. Rzeczywiście pod prądem byłam przez około pięć lat jak zaczęłam pracę na stałe, to był okres, kiedy dochodziłam do takiego „własnego ja” i do bycia na tym rynku sportowym zauważalną, zauważoną. Dzisiaj związki i kluby wiedzą, że jestem i mam ten komfort, że nie zawsze muszę szukać zleceń, one po prostu same przychodzą.

KG: Czyli to już jest zależne od marki jaką sobie wypracujesz?

JD: Tak, trochę tak.

KG: A czy określiłabyś swoją drogę w dziennikarstwie jako karierę czy pracę?

JD: To zależy od człowieka, niektórzy uważają, że praca to kariera po prostu. Ja uważam, że karierę może zrobić naukowiec, wybitny aktor, a operator, montażysta newsowy? To raczej jest moja praca, ale też nie mam nic przeciwko mówieniu, że ja jakąś tam karierę prowadzę, osiągnęłam sukces itd. Sama też wiem po sobie, że osiągnęłam. (śmiech)

KG: Mówiłaś o dwóch momentach słabszych, a jaki jest najlepiej wspominany przez Ciebie moment?

JD: Zawsze najlepsze momenty w pracy, to są chwile sukcesów sportowców. Jeśli się jest na turnieju, na zawodach i jest ten medal, jest radość tych Polaków startujących czy jakiegoś klubu na arenie międzynarodowej, to po prostu chce się pracować. Wtedy się czuje taką cząstką tego sukcesu nie wiem, Kamila (red. Stocha), siatkarzy, piłkarzy, kogokolwiek. Ja miałam to szczęście, że byłam przy obsłudze Mistrzostw Świata siatkarzy w 2014 i 2018 roku i to są najlepsze momenty. Praca była najcięższa, bo spaliśmy po trzy godziny przez trzy tygodnie, to jest absolutne obciążenie organizmu, ale radość ze sztabem, zawodnikami i kibicami to wynagradza. Wszyscy są w takim optymizmie, wtedy człowiek cieszy się z tego co robi, że może dostarczać to ludziom, że ten filmik obejrzało tyle set tysięcy ludzi.

KG: Kibice oglądając nawet w telewizorze te wydarzenia identyfikują się z zawodnikami, chcą być najbliżej nich, a wy właśnie macie taką możliwość

JD: Dokładnie i to nie jest nawet kwestia turnieju, to są czasami dwa tygodnie zgrupowań. Oczywiście, to wszystko zależy od trenerów, sztabów jak pozwalają, ale chociażby przy Mistrzostwach Europy U-21 w piłce nożnej, które odbywały się w Polsce w 2017 roku, między innymi tu w Lublinie. Nie mieliśmy tam wtedy sukcesu reprezentacyjnego, ale ja byłam wtedy na dwóch zgrupowaniach dwutygodniowych z tą kadrą. Nie ma możliwości, że się nie utożsamiasz, że kiedy wychodzą na boisko to nie trzymasz za nich kciuków nawet w palcach u nogi. Inaczej się nie da!

KG: Wracając jeszcze do tematu studiowania, spotkałem się z opiniami dziennikarzy, że studiowanie dziennikarstwa jest bez sensu, lepiej zacząć inny kierunek. Często takie zdanie wyraża np. Mateusz Borek, a jaką Ty masz opinię na ten temat?

JD: Wiesz co, to jest tak jak z wieloma innymi kierunkami, myślę, że te osoby, które idą na prawo, medycynę, architekturę mają 99% szans, że zostaną prawnikiem, lekarzem, architektem, ale np. technologia żywności nie równa się dietetyk. Bardzo często idzie się w coś okalającego, tak samo jest trochę z dziennikarstwem. Absolutnie moich studiów nie zamieniłabym na żadne inne, jestem ponadczasowo i ponadnormatywnie związana z KULem, tym instytutem i wykładowcami, wracam tu jak tylko mogę, kochałam te zajęcia, kochałam tych ludzi, miałam fantastyczny rok. Nie powiem, że studia nauczyły mnie zawodu, bo nie, absolutnie mnie tego nie nauczyły, ale pokazały mi z czym mogę się spotkać w pracy, a zawodu nauczyłam się pracując. Na studiach poznajesz ludzi, czytasz rzeczy, do których byś nie sięgnął normalnie, w zupełnie inną stronę rozwija się twój umysł. Prosty przykład z dzisiaj, przeczytanie jakiejś książki, która ma sto czy dwieście stron, przewertowanie, bo muszę wyłapać o co chodzi. Czasami mamy takie, może nie tak grube, ale sześćdziesięciostronicowe książki przed igrzyskami, z którymi musimy się zapoznać, chodzi o takie kodowanie informacji, szybkie wyszukiwanie. To wszystko tutaj nabyłam, przez pięć lat, cały czas musieliśmy być w trybie naukowym, więc mój mózg zupełnie inaczej pracował. Praktyka zawsze wyjdzie Ci w pracy, bo studia w Polsce nie są studiami praktycznymi, są teoretyczne, ale wcale nie uważam, że to jest złe i z tym dziennikarstwem też jest różnie. Jeśli masz takie aspiracje, albo myśl o tym, że chcesz być dziennikarzem to masz dzisiaj dwa wyjścia. Możesz iść na takie studia i sprawdzić w ramach zajęć czy do czegoś się nadasz, w postaci praktyk itd. albo od razu zacząć szukać miejsca po maturze w trakcie liceum, gdzieś na mniejszych portalach, radiach i telewizjach lokalnych i iść od razu totalnie nieprzygotowany, na zasadzie: liczysz, że ktoś cię weźmie pod swoje skrzydła i wtedy zweryfikujesz. Zawsze są dwie drogi, ja jednak wolałam pójść na studia.

KG: Czy z każdego da się zrobić dziennikarza? Jakie cechy powinna mieć osoba aspirująca do tego zawodu?

JD: Czy z każdego da się zrobić dziennikarza? Nie mogę ci odpowiedzieć na to pytanie, ja też bym chciała gdzieś mimo wszystko zachować tę granicę, że ja już z takim dziennikarstwem stricte nie mam aż tyle wspólnego. Pracuję z dziennikarzami, ja to obserwuje, w ogóle to jest ciągle moją pasją taką socjologiczną. Sama nie jestem, nie nazwę się dziennikarką, mimo, że pisałam teksty przez wiele lat to dzisiaj się już tym nie zajmuję i już pewnie nigdy do tego nie wrócę. Zakładam, że tak jak w każdym innym zawodzie trzeba mieć predyspozycję. Po prostu, lekarzem nie zostanie osoba, która boi się krwi, dziennikarzem nie zostanie osoba, która boi się wystąpień publicznych, która nie potrafi poradzić sobie ze stresem, która… nie chcę tutaj źle zabrzmieć, ale która ma ograniczone myślenie. Takie punktowe i konkretne jest super, ale są sytuacje, kiedy trzeba się bardzo rozwinąć. Chcesz być kierowcą zawodowym musisz mieć pewne predyspozycje, ale nauczyć się jeździć każdy może. Pewnie dziennikarstwa też w pewnym sensie każdy może się nauczyć, tylko teraz pytanie czy ten który umie i ten który ma predyspozycje są na tym samym poziomie, bo ten który ma predyspozycje u mnie zawsze będzie wyżej.

KG: Właśnie weszła Pani Profesor Szulich-Kałuża, dyrektor Instytutu Dziennikarstwa i Zarządzania więc tematycznie (śmiech). Mówiłaś, że bardzo dobrze wspominasz czas spędzony na uniwersytecie, a jak było z wyborem KULu?

JD: U mnie KUL był losowym wyborem, ja pochodzę z Lubelskiego południowego prawie przy granicy z Podkarpaciem. Złożyłam dokumenty do dwóch uczelni, na Uniwersytet Śląski i Katolicki Uniwersytet Lubelski, bardzo mi zależało, żeby pójść do Katowic, gdyż tam mieli najciekawszy program dziennikarstwa. Dlaczego złożyłam dokumenty do Lublina? Ponieważ dwie moje przyjaciółki składały tutaj papiery, no i mnie zabrały. „Chodź pojedziesz z nami, my składamy dokumenty, pojedziemy sobie we trzy, zrobimy wycieczkę do Lublina”, ja „spoko, spoko”, weszłyśmy, one się zalogowały i tak na mnie: „przepraszam, a ty co? Nic tu nie składasz” uznałam, że w sumie mogę. Jak dostałam odpowiedzi z obu uniwersytetów to stanęłam przed tym wyborem. Okay, KUL wyszedł przypadkiem, ale trochę mi zamącił, bo tak: tu jest mieszkanie, które przyjaciółki już wynajęły, tam nie mam totalnie nikogo. Rodzice mi dali wolną rękę, „jak będziesz chciała tak postaramy się zrobić”, tak naprawdę poszłam za przyjaciółkami. Nie wiem, czy to była lepsza decyzja, nie sprawdziłam, nie wiem co bym przeżyła w Katowicach, ale nie żałuję absolutnie, cudowne czasy były, zdecydowanie.

KG: Podsumowując, jaką radę dałabyś studentom, nie tylko dziennikarstwa, ale i innych kierunków?

JD: W ogóle nie ujęłabym tego pod kątem rady technicznej. Od lat pracując ze studentami, praktykantami zauważyłam, że ludzie nie podążają drogą swoich zainteresowań i pasji, albo nie mają ich do końca określonych. Uważam, że w każdym zawodzie, ale w dziennikarstwie szczególnie, to jest megaważne. Jeśli coś cię interesuje, przykładowo robotyka, ale chcesz o tym pisać, a nie tworzyć, to idź w to, szukaj w tym samym kierunku tematu. Jakby podążaj za tą pasją, pasją, pasją… do tematu, do dziedziny, do branży. Cały warsztat dziennikarski życie zweryfikuje, czy to będzie radio, telewizja, prasa czy reklama.  Wy też za rok, za dwa inaczej będziecie podejmować decyzje. Dzisiaj może ty się widzisz totalnie w telewizji, ale za trzy lata stwierdzisz, że chcesz pisać duże formy, publicystykę, książki, reportaże i może to będzie twoja droga, a może będzie całkowicie odwrotnie. Bardzo bym chciała, aby młodzi ludzie podążali za swoją pasją i rozwijali zainteresowania, bo dzisiaj to jest bardzo duży problem. I to faktycznie wam pomoże w pracy! Jak jest konsekwencja, odpowiedzialność, dociekliwość, to później w pracy się to mega przydaje.

KG: Dziękuję bardzo za rozmowę.

Krystian Grądkowski

Jestem studentem drugiego roku dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Interesuję się piłką nożną, polską muzyką oraz kulinariami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.