Profesja: kurier

Dzisiaj przynoszą paczki z zakupami i dzwonią, kiedy nie ma nas w domu. Podczas II wojny światowej słowo kurier znaczyło dużo, dużo więcej. W zasadzie to porównywanie znaczenia tej profesji kiedyś i dziś to skrajna głupota.

Kim byli kurierzy?

Żołnierzami podziemia należącymi do grupy oporu, która w czasie II wojny światowej zajmowała się zarówno przerzutami osób cywilnych, uciekinierów z żydowskich gett, wojskowych jak i przekazywaniem meldunków i rozkazów. Kurierzy umożliwiali łączność na granicach kraju i to dzięki nim, rząd na uchodźstwie mógł komunikować się ze swoimi rodakami. Służba kurierska przebiegała zgodnie z wcześniej ustalonym harmonogramem. Odpowiedni człowiek pojawiał się w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej godzinie, przejmował paczkę i ruszał.

Życie na szlaku

Na kurierskim szlaku było mnóstwo przeszkód i nie brakowało też nieprzewidzianych zdarzeń, dlatego w tym „zawodzie” dużą rolę odgrywały spryt, zimna krew oraz psychiczna i fizyczna siła. Z czasem każdy kurier wyznaczał swoją trasę, którą znał jak własną kieszeń, wiedział u kogo może się zatrzymać i odpocząć. Jednak nie zawsze wszystko szło zgodnie z planem i przewodnik musiał zmienić wcześniej ustaloną drogę. Bywało, że wrodzy pogranicznicy odkrywali szlaki i zasadzali pułapki na ruch oporu. Wielu żołnierzy łączności zginęło lub dało się złapać, ale mimo to chętnych do służby w imię wyższego dobra nie brakowało.

Legendarny Kurier

W maju 1940 r., do domu zamieszkałego w Nowym Sączu Zbigniewa Rysia ps. „Zbyszek” zapukał młody mężczyzna, który szukał możliwości przedostania się na Węgry. Szukającym pomocy był Jan Kozielewski vel Jan Karski ps. „Witold”. Ta wizyta nie była dla Zbigniewa Rysia czymś nadzwyczajnym, bowiem pomagał on wiele razy w przerzuceniu różnych osobistości za granicę. Kurierem, który miał zaprowadzić do celu „Witolda” był Franciszek Musiał ps. „Myszka”, dla którego była to trzydziesta czwarta przeprawa. Podróż przebiegała zgodnie z planem, ale tylko do pewnego momentu. W Starej Lubowni miał na nich czekać samochód, co jednak się nie stało. W związku z nowymi okolicznościami przewodnik zdecydował, że pieszo pokona mierzący niemal 100 km odcinek. Karski przecenił swoje siły, dodatkowo odnowiła mu się rana stopy, która uniemożliwiła dalszą wędrówkę. „Myszka” przystał na prośby „Witolda” i podjął decyzję o odpoczynku u dotychczas zaufanego człowieka, który za pieniądze oferował kurierom nocleg. Niestety udzielający pomocy Franciszek Muszyński zdradził i wydał gestapo odpoczywających w jego domu Polaków. Niemcy szybko zorientowali się z kim mają do czynienia. Brutalnie przesłuchiwali Karskiego, który po jednym z przesłuchań bał się, że już nie da rady dochować swoich tajemnic, więc podciął sobie żyły. Gestapowcy natychmiast wysłali swojego więźnia do szpitala w Nowym Sączu, wiedzieli, że jest cenny, więc chcieli go żywego.

Ta historia to tylko przykład, jakie zagrożenia i niebezpieczeństwa wynikały z bycia kurierem. Osoby, które zdecydowały się na rolę łącznika i przewodnika ryzykowały nie tylko swoim losem, ale też życiem swoich bliskich. Franciszek Musiał po brutalnych przesłuchaniach został zesłany do obozu Sachsenhausen, a potem do Ravensbruck. Udało mu się przeżyć II Wojnę Światową. Co się stało z Janem Karskim?

Akcja szpital

Gdy podziemie dowiedziało się o całym zdarzeniu, natychmiast zaczęto obmyślać plan uwolnienia Karskiego. Rozkaz odbicia „Witolda” wydał ówczesny komendant krakowsko-śląskiego obszaru ZWZ, Tadeusz Komorowski ps. „Bór”. Akcją dowodził Zbigniew Ryś. Zaangażował on swoich najlepszych ludzi, oraz pracującego w szpitalu doktora Słowikowskiego, który również należał do podziemia. Plan był prosty: sprowadzić Karskiego do odpowiednich drzwi, bezszelestnie zlikwidować wartownika i udać się nad rzekę, przy której był schowany kajak umożliwiający spływ do bezpiecznego miejsca. Akcja rozpoczęła się w nocy 28 lipca 1940 r. Spiskowcom udało się nakłonić do współpracy policjantów pilnujących Karskiego, którzy świadomie wypili herbatę ze środkami usypiającymi. Wszystko poszło zgodnie z planem i „Witold” znów mógł cieszyć się wolnością. Ceną za uwolnienie Jana Karskiego było 36 osób, które zostały wsypane przez szpiega gestapo znajdującego się w szeregach ZWZ. Warto podkreślić, że gdyby nie ofiarność mieszkańców Sądecczyzny, „Raport Karskiego” nigdy by nie powstał.

Avatar

Krzysztof Zawalski

Pasjonat gier komputerowych, historii Polski, esportu i sportu. Miłośnik sprawiania problemów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *