Z obiektywem Krzysztofa Klimka w świecie motoryzacji

Fotografia jest jak motoryzacja – mówi Krzysztof Klimek, fotograf, który od kilku lat utrwala najważniejsze momenty podczas zawodów czy innych wydarzeń sportowych. Zapytaliśmy artystę o samokrytycyzm, zamiłowanie do fotoreportażu i o to, jak wyglądały początki związane z jego pasją i dlaczego to właśnie świat przepełniony adrenaliną, jest jego drugim domem.

Krzysztof Klimek, 52 Runda Drift Open Motopark Koszalin 2020, archiwum prywatne

Wiktoria Strawa, Coś Nowego: Jak zaczęła się Twoja przygoda z fotografią?

Krzysztof Klimek: Całkiem przypadkiem – podczas studiowania dziennikarstwa na WSIiZ i obranej specjalizacji, grafiki komputerowej. Nigdy nie fascynowałem się fotografią i nie zależało mi na zgłębianiu jej (tajników – przyp. red.), za to dosyć mocno siedziałem w tematyce gier komputerowych i dlatego poszedłem na studia związane z grafiką. Taki był zamysł, aby połączyć to co lubię z pracą zawodową i zostać grafikiem komputerowym, z nastawieniem na tworzenie grafiki w grach. Z czasem jednak pojawiły się zajęcia z fotografii; tam też nie było żadnej fascynacji, jedynie krótka decyzja – pomyślałem, fajnie, jakby grafik potrafił też obsługiwać aparat i znał podstawy zarządzania tym sprzętem, a w razie potrzeby zrobił jakieś fotki w lepszej jakości niż oferuje telefon. Dlatego kupiłem na raty pierwszą amatorską lustrzankę Sony Alfa58 ze zwykłym obiektywem kitowym 18-55. Niedrogi sprzęt, a wystarczy na ewentualne zrobienie zdjęcia.

W.S: Kiedy zrodziło się zamiłowanie do fotografii związanej z motoryzacją?

K.K: Zaraz po zakupieniu lustrzanki poszedłem do parku niedaleko mojego miejsca zamieszkania i zacząłem się bawić, pstrykałem różne zdjęcia natury. Drzewa, szron, kwiaty, ptaki, ale już po godzinie zabawy zrozumiałem, że to fajna sprawa, ale brakuje w niej jakiegoś dalszego sensu i bardziej przyszłościowego zastosowania. Lubię czuć, że wszystko co robię, buduje coś na przyszłość i ma sens bądź szansę rozwoju w jakiejś dziedzinie. Zdjęcia natury są fajne, ale nic rozwojowego nie widziałem.

Jakiś czas później moja koleżanka poinformowała mnie o wydarzeniu na Rzeszowie; Bezpieczna Jazda z Torem Rzeszów i zachęciła, abym wpadł i może tam coś popstrykał; bez wahania skorzystałem z okazji. Tam było już ciekawiej, coś się działo, a ja miałem okazję utrwalać zupełnie przypadkowe sytuacje i bieg wydarzeń. Od razu poczułem, że to ma sens. Wróciłem, obrobiłem fotografie na tyle, na ile pozwalały mi umiejętności i oczywiście wrzuciłem je na Facebooka, a ilość interakcji była o wiele większa niż w przypadku nieplanowanych zdjęć natury. Zrozumiałem wtedy głębszy sens takiego okolicznościowego pstrykania. Doskonałe pamiątki z wydarzeń, tym samym zaadresowane do wszystkich obecnych na nim; organizatorów, kibiców i oczywiście też niejako mnie samego, zupełnie jak fotografie wakacyjne. Krótko mówiąc, reporterka okazała się o wiele ciekawsza niż się spodziewałem. Przez kolejne miesiące dalej sporadycznie robiłem różne zdjęcia na wielu wydarzeniach, m.in. na własnej uczelni podczas tzw. WSIiZ Ma Talent, MISS WSIiZ czy podczas wieczornych spacerów po Łańcucie. Pierwszy krok przełomu nastąpił latem 2015, gdy koleżanka zaprosiła mnie żebym pojechał z nią na testy rajdowe jako widz. Wtedy ona robiła zdjęcia, a ja miałem okazję chyba pierwszy raz w życiu oglądać rajdówki w akcji. Dalszy bieg wydarzeń był prosty, spodobał mi się motorsport i znalazłem sens kategorii, w której chcę się poruszać. Coś co jest wymagające, ale daje też spore ilości adrenaliny.

W.S:  Dlaczego akurat świat motoryzacyjny?

K.K: Świat motoryzacji jest niezwykle interesujący, tam nic nie jest udawane, inscenizowane i dzieje się swoim naturalnym rytmem. I to chyba ta naturalna potrzeba adrenaliny, której zawsze potrzebowałem; co ciekawsze, im częściej jeździłem fotografować rajdy, okazjonalnie rajdy terenowe, a z czasem także drift – tym mocniej oddalałem się od świata wirtualnych gier komputerowych. Dalej je lubię, ale gram o wiele rzadziej, a potężna, uginająca się półka z grami to raczej relikt przeszłości, do którego epizodycznie wracam. Dodatkowy motywator to osoby w tej sferze, każda dziedzina na swój folklor i całkowicie inne osobowości. Nie jestem typem introwertyka, lubię kontakt z ludźmi, dlatego motoryzacja zaczęła zaspokajać bardzo wiele z moich potrzeb – jednocześnie chęć interakcji z innymi, poznawanie nowych osób, potrzebę adrenaliny, sens w dorywczym fotografowaniu. Z roku na rok jeździłem coraz częściej na coraz większą liczbę wydarzeń w roku, zacząłem mocno śledzić co się dzieje blisko mnie i tam śmigałem.

Kiedy po dwóch latach spłaciłem raty za swoją pierwszą lustrzankę, szybko zdecydowałem się na zakup o wiele lepszego i droższego sprzętu: półprofesjonalną lustrzankę Canon 70D oraz dwie lampy, 5 różnych obiektywów. Zaczęły się wtedy pojawiać pierwsze osoby, które powiedziały, że doceniają moją pracę i chcą mi zapłacić za materiały foto z driftu czy amatorskich rajdów KJS. W sumie to zabawne, ponieważ długo broniłem się przed tym i powtarzałem, że to pasja i nie chce pieniędzy, jednak z czasem zrozumiałem, jakie koszty ponoszę z każdego wyjazdu, tj. benzyna, eksploatacja auta, sprzętu foto, pożywienie. Wyjazdy im częstsze, tym mocniej uszczuplały mój miesięczny budżet. Zacząłem wprowadzać nową politykę. Poczułem możliwość utrzymania się zawodowo z fotografii, jeżeli będę to w dobry sposób rozwijać przez kolejne lata. Tą ścieżką idę do dziś.

W.S: Bywasz samokrytyczny, jeżeli chodzi o zdjęcia?

K.K: Stale, non stop, cały czas… Zawsze wracam do domu i szukam dziury w całym, czyli dlaczego nie stworzyłem lepszego materiału, co zepsułem w momencie stworzenia zdjęcia na miejscu, jak mogłem lepiej się ustawić, albo być wówczas gdzie indziej na torze lub na trasie. Dlaczego zrobiłem tak średni albo słaby materiał. Nawet kiedy po pewnym czasie usłyszałem pierwsze opinie w stylu „Człowieku, rozwalasz system!”, ja nie mam ciągle tego wrażenia. SERIO! Wiem, że można lepiej, ciekawiej.

W.S: Jakimi wartościami czy też cechami powinien kierować się, wyróżniać, dobry fotograf?

K.K: Chyba właśnie samokrytyka. Z tym ma problem wielu początkujących i odrobinę zniechęconych fotografów; podobnie miałem i ja. Każdą fotografię po części traktuje się jak swoje dziecko i można być przekonanym o jej wielkiej wartości, kiedy obcy widz stwierdzi, że jest słaba. Sztuką jest wyjść ze swojej skóry i spojrzeć na swoją pracę jako obca osoba i właśnie pod tym kątem podejść do selekcji zdjęć, aby wyłonić te najlepsze i nauczyć się wyciągać wnioski. To jedyna droga do stawiania sobie poprzeczki coraz wyżej. Przydaje się też znajomość dziedziny, którą fotografujemy. W przypadku motorsportu poznania jej od środka, ludzi, techniki i budowy aut, czytania emocji zawodników w różnych sytuacjach, a niekiedy nawet zgłębienie historii zawodników – wtedy można zacząć tworzyć historie za pomocą fotografii. Zdjęcia mogą nie tylko być miłe dla oka przypadkowego widza, ale też ciekawe dla pasjonatów.

Jeżeli chodzi o łapanie akcji na torze czy trasie odcinka specjalnego, to próba przewidywania biegu wydarzeń – wiąże się z wiedzą na temat danego kierowcy, jego mocnych i słabych stron, w jakim stanie technicznym jest auto i odnajduje się w bieżących warunkach pogodowych.

W.S: Co fascynuje Cię podczas robienia zdjęć w danej chwili?

K.K: Tak samo bardzo, jak zdjęcia z samych przejazdów, równie bezwzględnie uwielbiam formę fotoreportażu. Od lat staram się publikować efekty mojej pracy na facebookowym fanpage’u. To doskonała okazja, by skonfrontować swoją pracę z widownią, a to może bardzo dużo powiedzieć o naszej pracy i jej efektach. Każdy opublikowany album od kilku lat traktuję jako jedną spójną opowieść o tym co się działo i czego byłem naocznym świadkiem. Zdjęcia samych aut w ruchu to połowa sukcesu; drugim ważnym elementem są zdjęcia ludzi, otoczenia, detali i wszystkiego co charakteryzuje dany event. Jeżeli było wyjątkowo upalnie, deszczowo lub w pięknej jesiennej aurze, to warto wybić te walory na plan pierwszy i wykorzystać do cna. Wielu fotografów zapomina o tym, że auta prowadzą ludzie! W środku tych maszyn jest człowiek i równie mocno warto go pokazać na swoich zdjęciach. Fotografii z przejazdów zawsze jest na pęczki, a żywego fotoreportażu – znacznie mniej. Zaraził mnie tym znany fotograf, Arkadiusz Bar. Jeden z moich pierwszych wypadów miał swoje miejsce na wyścigach górskich z cyklu GSMP (Górskie Samochodowe Mistrzostwa Polski – przyp. red.). Standardowo robiłem zdjęcia i wrzucałem do Internetu. Potem jednak widziałem, jakie arcydzieła tworzył Pan Arkadiusz i czułem się przy nim miniaturowy. Najbardziej szokowały i fascynowały mnie zdjęcia kierowców, organizatorów, czyli właśnie reporterka i oprawa wydarzenia. Jego albumy wydawały się jedną wielką spójną całością. Teraz zrozumiałem, że chyba naśladuję mniej lub bardziej świadomie to, co wydawało mi się atrakcyjne kilka lat temu.

W.S: Czy istnieje lista wydarzeń, w których chciałbyś wziąć udział? Związanych ze światem motoryzacji. 

K.K: Jest kilka takich, ale zbytnio nad tym się nie zastanawiam. Pewnie jakbym udał się na jedno z nich, to chciałbym od razu tworzyć zdjęcia i na ten moment nie czuję się jeszcze na to gotowy – pod względem umiejętności, jak i sprzętu. Jeżeli mam wspomnieć o bardzo dalekosiężnych planach, to w Polsce widziałem chyba już wszystko to, co chciałem, i chętnie wracam na kolejną edycję danego rajdu czy następną rundę tej samej lokalizacji. Natomiast za granicą chciałbym kiedyś pojechać do San Marino na RallyLegend; jest to cudowny rajd skupiający na sobie dziesiątki perełek pośród aut rajdowych z różnych epok. Niesamowita oprawa kibiców, rajd z nastawienie na zabawę, a nie wyniki. Przy każdym kawałku odcinka widać dziesiątki kibiców, czego nie dostrzegam u nas i niestety mam wrażenie, że pod logiem PZM (Polski Związek Motorowy – przyp. red.), polskie rajdy wegetują coraz mocniej. To może zbyt ostre słowa, ale na tyle, na ile obserwuję rozwój sytuacji i setki przepisów czy kosztów, nie dziwię się coraz bardziej skromnym listom zgłoszeń na spore rajdy. Od pewnego etapu zaczął się sport dla bogatych.

Bardzo chciałbym też zwiedzić Barum Czech Rally Zlin, ogromny rajd i runda mistrzostw Europy, która odbywa się u naszych sąsiadów. Wiele się mówi o klimacie eventu, który podobno jest niesamowity, a listy zgłoszeń są bardzo imponujące, podobnie jak umiejętności kierowców.

Wspaniale by było uczestniczyć w jakiejś rundzie DriftMasters GP, może kiedyś Formułę Drift, chociaż tam wolałbym jechać już jako widz. Do wszystkiego jednak spokojnie dojdę z nomen omen biegiem czasu.

W.S: Jakie są Twoje marzenia związane z fotografią?

K.K: Tylko dwa, ale jedno wiąże się z drugim. Chciałbym mieć solidny, dający duże możliwości sprzęt, co – jak wiadomo – wiąże się z wysokim kosztem zakupu i na ten moment jest ponad mój budżet. Fotografia jest jak motoryzacja; ile chcesz, tyle w to włożysz finansowo. Możesz mieć sprzęt za dwa, pięć czy dziesięć tysięcy albo za osiemdziesiąt pięć; im drożej tym możliwości jest więcej.

Druga sprawa – mieć stałą pracę związaną z wykonywaniem fotografii motoryzacyjnej – praca idealna, połączona z tym, co kocham robić i w czym chcę się rozwijać. Dopiero jakieś dwa lata temu, kiedy podczas sezonu miałem około 30-35 wypadów, niektóre trwające po dwa, trzy czy cztery dni, poczułem, że lubię sam etap podróżowania. Poznawania nowych miejsc. Uwielbiam spać w swoim łóżku, ale najlepiej wtedy, gdy wrócę do niego po kilkudniowym wypadzie. Czuć to najmocniej w tym roku, który z powodu pandemii jest najsłabszym od kilku lat. Rok 2020 jest do odpisania, jeśli chodzi o plany i założenia, również te związane ze sprzętem; martwy i stracony, nastawiony na łączeniu końca z końcem. W tym sezonie udało się odbyć zaledwie kilkanaście wyjazdów i jest to bardzo mały procent tego, co planowałem na ten rok. Szukałem wyjścia, aby być ciągle na fali, wiec korzystałem z tego, co się da. Mam nadzieję, że 2021 rok będzie łaskawszy, inaczej chyba przekreśla moje plany związane z fotografią.

W.S: Dziękuje za rozmowę.

Avatar

Wiktoria Strawa

Studiuje III rok dziennikarstwo i komunikację społeczną na KUL. Interesuje się kinem, zwłaszcza przedwojennym, ale również współczesnym. Jestem fanką klasycznych aut, muzyki filmowej jak i kawałków z lat 70 i 80. W wolnych chwilach piszę opowiadania i wiersze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *