Polacy nie gęsi, iż swój wrestling mają

9 października w Chorzowie odbyła się pierwsza gala Prime Time Wrestling. Choć nie była to pierwsza próba sprowadzenia popularnej w USA rozrywki do Polski, pierwszy raz zrobiono to z takim rozmachem.

Widok z trybun podczas gali Kinguin PTW Revolucja, fot. Prime Time Wrestling

Niemal każdy będąc dzieckiem chociaż przez chwilę zafascynowany był wyczynami takich postaci jak Hulk Hogan, Undertaker czy w późniejszych czasach chociażby John Cena. Zawsze było to jednak swego rodzaju synonimem zwrotu ,,American Dream” – odległe i niedostępne. Urzeczywistnieniem tego może być wrestling. Jest to rodzaj rozrywki sportowej łączącej w sobie elementy sportów walki, akrobatyki i spektaklu. Popularność w Stanach Zjednoczonych zaczął zdobywać już w latach 40. XX wieku, kiedy zaczęto emitować go w telewizji. Obecnie federacja założona w 1952 roku – WWE (pod taką nazwą dopiero od 2002 roku) jest jedną z największych korporacji na świecie. Poza USA rozrywka tego typu jest też bardzo popularna chociażby w Meksyku czy Japonii.

W Polsce od prawie dwóch dekad pojawiały się próby odwzorowania tego typu show, zawsze kończyły się jednak fiaskiem (np. Do or Die Wrestling pod przewodnictwem amerykańskiego pro-wrestlera Dona Roida) albo istniały, ale na bardzo małą skalę, tylko dla pasjonatów i w kameralnych warunkach (m.in. Maniac Zone Wrestling na Śląsku czy Kombat Pro Wrestling w Trójmieście).

Arek Pawłowski w ringu PTW, fot. Prime Time Wrestling

Przełomem okazał się powrót na polską scenę wrestlingową Arka Pawłowskiego, który był już zaangażowany we wspomniane wyżej DDW czy KPW, ale dopiero przez ostatnie 3 lata zbudował nazwisko i siatkę kontaktów prowadząc freak-fightowe gale MMA, które w ostatnim czasie biją wszelkie rekordy popularności. Pan Pawłowski (Takim pseudonimem posługuje się Arkadiusz) postanowił wrócić do korzeni i zrobić galę pro-wrestlingu z prawdziwego zdarzenia zapraszając gwiazdy światowego formatu jak Chris Masters, Santino Marella, Axel Tischer (dawniej zawodników WWE – największej federacji na świecie), Nick Aldis, Joe E. Legend (gwiazdy tzw. sceny niezależnej) czy chociażby obecnego mistrza jednej z największych europejskich federacji – WxW. W swoim projekcie nie oparł się jedynie na znanych nazwiskach z zagranicy. Na gali pojawili się także polscy wrestlerzy (Robert Star, Peter Pannache czy Jacob Crane), znani polscy influencerzy (Trybson, Złotówa), a także zawodnicy z Akademii PTW (m.in. Taras i Arczi Czajka). Pierwszy raz transmisją gali polskiego wrestlingu zajęła się telewizja. Show zostało pokazane na internetowej platformie TVP Sport.

O co właściwie ten szum i skąd takie zainteresowanie medialne, skoro już na gali DDW w 2009 roku pojawiały się takie gwiazdy jak np. El Generico (obecnie gwiazda WWE Sami Zayn)? Wydarzenie z 2009 roku było ,,jednorazowym wyskokiem i nie miało zbyt dużych perspektyw na przyszłość. PTW z kolei dysponuje ogromną ilością sponsorów i przede wszystkim Pawłowskim, który na galę zaprosił (i prawdopodobnie będzie zapraszał) czołowych polskich internetowych celebrytów. Co za tym idzie zapewnił rozgłos jakiego nie miała jeszcze żadna wcześniej istniejąca federacja w Polsce.

Robert Star i amerykańska gwiazda – Chris Masters tuż przed walką, fot. Prime Time Wrestling

Z optymizmem można więc patrzeć w przyszłość, ale najpierw należałoby poprawić wiele mankamentów jakie miała premierowa gala. Jednym z nich była niewątpliwie długość gali; 5 godzin to dłużej niż czas trwania niejednej Wrestlemanii (największej, corocznej gali pro-wrestlingu), a ostatnie walki zamiast najbardziej ekscytować męczyły nawet największych entuzjastów tzw. wolnej amerykanki. Publiczność, choć na początku była niezwykle żywa i głośna, w drugiej połowie gali zaczęła się coraz bardziej przerzedzać i uciszać.

Długość gali nie przeszkadzałaby jednak, gdyby walki zostały wcześniej odpowiednio wypromowane; za żadną z nich nie krył się storyline (historia, która doprowadziła do pojedynku) czy feud (konflikt między zawodnikami), który podgrzewałby emocje. Dzień przed galą na szybko zorganizowano ceremonię podpisania kontraktów, która bardziej przypominała promocję walk MMA niż gali wrestlingu, a zawodnicy w żaden sposób nie mieli szansy zapisać się w pamięci niewtajemniczonych widzów.

Niepotrzebne było też studio przed i w trakcie gali; pełniło głównie rolę przestrzeni, w której celebryci mogli się pokazać i komentować galę, o której nie mieli prawie żadnego pojęcia. Przedłużyło to tylko niepotrzebnie galę i zmęczyło widzów. Co więcej, studio w trakcie gal wrestlingowych nie ma raczej racji bytu, bo o ile w MMA logiczne jest omówienie dotychczasowych wyników, tak tutaj jest to porównywalne do omawiania spektaklu podczas antraktu w teatrze.
Same walki również nie stały na wysokim poziomie i gdyby nie niezawodna, żywiołowa publiczność uśpiłyby widzów przed telewizorami. Żaden z zawodników nie wykrzesał nic poza swoją normę, a pojedynki opierały się na popularnych i przewidywalnych schematach.

Choć błędów można wymienić jeszcze kilka (m.in. nieodpowiednio przygotowany ring, nierozsądnie rozpisany scenariusz, niewłaściwie dobrana walka wieczoru), jest nadzieja na przyszłość. Początki zawsze bywają trudne, a najlepiej uczymy się na własnych błędach; pozostaje trzymać kciuki by tak było też w tym przypadku. Jedno trzeba Pawłowskiemu oddać: osobom, które w młodzieńczych latach śledziły z zapartym tchem gale WWE (a takich nie mało) pozwolił ponownie poczuć się dzieckiem, które z podziwem obserwuje wrestlingowych superbohaterów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *