FilmKultura

„Prawdziwy ból” – czyli trochę o wszystkim i o niczym

Najnowsza produkcja w reżyserii Jessego Eisenberga już na dobre zagościła na wielkich ekranach. Jaki jest naprawdę film, do którego zdjęcia kręcone były w Lublinie?

Kino drogi nauczyło nas, że z pozoru błaha podróż z punktu A do B może być pretekstem do przeżycia fantastycznych przygód. Kiedy mowa o wyjeździe za granicę, naturalnym jest, że pojawia się jeszcze większy zachwyt nad tym, w jaki sposób reżyser zagospodaruje te wspaniałe okoliczności. W momencie, gdy widz dowiaduje się, że film zabierze go w rodzinne strony, to tym bardziej oczekiwania wobec tej produkcji znacząco się zwiększają. Z takim nastawieniem wybrałem się na „Prawdziwy ból”. Czy sprostał on moim oczekiwaniom? No nie do końca, ale po kolei.

Fabuła

Dwaj kuzyni – David (Jesse Eisenberg) i Benji (Kieran Culkin) postanawiają wyruszyć do Polski, aby zwiedzić miejsca związane z ich zmarłą babcią.  W tym celu biorą udział w zorganizowanej wycieczce z przewodnikiem Jamesem (Will Sharpe). W trakcie trwania filmu bohaterowie odwiedzają Warszawę, Lublin i Krasnystaw. Widz ma okazje poznać także losy innych postaci biorących udział w wyjeździe, jak np. Marcia (Jennifer Grey), Eloge (Kurt Egyiawan), Diane (Lisa Sadowy), czy Mark (Daniel Oreskes). Są one jednak opowiedziane w płytki sposób i służą głównie jako tło dla Davida i Benjego. Film skupia się przede wszystkim na ukazaniu relacji pomiędzy głównymi bohaterami. Robi to jednak w sposób niejednoznaczny i zostawiający sporo niedopowiedzeń. Obcowanie z najnowszym dziełem Eisenberga sprawia podobne wrażenie, co przeczytanie jednego rozdziału ze środka książki. Widz wrzucany jest w wir pewnej akcji i pozostawiany na końcu bez odpowiedzi na pytania, które stawiał sobie przez cały seans.

Gra aktorska i dialogi

Aktorzy wykazują się przyzwoitą grą aktorską. Na szczególne wyróżnienie zasługuje rola Culkina, który wcielał się w Benjego – zagubionego, lecz ekstrawertycznego kawalera, który nie radzi sobie do końca ze swoimi emocjami. David, odgrywany przez Eisenberga, wydaje się być jego zupełnym przeciwieństwem. Jest żonaty i stara się ze spokojem podchodzić do życia oraz swoich problemów, których także ma sporo. Jak już wcześniej wspomniałem, pozostałe postacie nie odgrywają aż tak ważnej kwestii w filmie, lecz odegrane są w zadowalający sposób. Aktorzy umiejętnie ukazują zróżnicowane charaktery swoich bohaterów. Kto miał być małomówny i twardo stąpający po ziemi (Mark) to takie sprawiał wrażenie. Nie ma tu mowy o fajerwerkach, a raczej o pozostawieniu pola do manewru dla głównych gwiazd. Przyczepić można się za to do dialogów. Czasem wydają się  być upchane na siłę. Zauważalne jest to zwłaszcza w trakcie rozmów między kuzynami. Pojawiają się tam wątki, które w gruncie rzeczy nie mają większego sensu i wprowadzają widza w pewną konsternację.

Miejsca

„Prawdziwy ból” miał być laurką dla Polski, jednak w praktyce potencjał miejsc realizacji zdjęć nie został w pełni wykorzystany. Można odnieść wrażenie, że samo stare miasto w Lublinie, pomimo swojego wątku w filmie, mogło zostać znacznie lepiej wyeksploatowane. Tym bardziej zaboli to rodowitych Lubelaków, którzy wybrali się na ten film w głównej mierze po to aby zobaczyć swoje miasto na dużym ekranie. Na plus zasługuje jednak ukazanie niektórych zabytków oraz opowieść o tym, co znajdowało się tam dawniej. W pamięć zapadają także sceny nagrane na dachu hotelu Victoria.

Kwestia wizualna

Jeśli chodzi o same aspekty wziualne to nie ma się tutaj do czego przyczepić. Film pod względem zdjęć oraz montażu stoi na wysokim poziomie. Same ujęcia są ciekawe i przykuwające wzrok. Tym bardziej napawa dumą, że odpowiadał za nie polski operator filmowy – Michał Dymek.

Ogólne podsumowanie

„Prawdziwy ból”  pozostawia po sobie pewien niedosyt. Sprawia wrażenie jakby chciał poruszyć wiele tematów, ale finalnie brakuje mu na to czasu. Wydłużenie filmu o kilkadziesiąt minut pozwoliło by rozwinąć oraz dokończyć poszczególne wątki. Produkcja jest pozbawiona elementów, które pomogłyby bardziej zgłębić ukazaną w niej historię. A szkoda, bo gdyby same dialogi zostały nieco dopracowane, a czas trwania odrobinę wydłużony, mogłoby to być naprawdę niezłe dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *