MŚ Trondheim 2025: Kino po norwesku
Zwroty akcji, nieoczywiste rozstrzygnięcia, dramaturgia i polot – nie, to nie opis Oscarowej produkcji, lecz przebiegu konkursu na skoczni normalnej (HS 102) w ramach Mistrzostw Świata. Polacy z przyzwoitymi wynikami, lecz bez medalu.
Sobotnie kwalifikacje poprzedzające konkurs indywidualny zwyciężył Johann Andre-Forfang, który wówczas ustanowił rekord skoczni na 106,5 metra i z racji na bardzo dobrą formę, był faworytem lokalnych kibiców. W niedzielę skakał na wysokim poziomie, jednak to nie wystarczyło do wywalczenia nawet brązowej śnieżynki. Poziom konkursu był niezwykle wysoki, sędziowie obniżyli belkę tylko raz (po skoku Piotra Żyły), co bez wątpienia ułatwiło skoczkom lądowanie poza rozmiarem obiektu. Tym samym w ciągu dwóch serii, można było ujrzeć 18 skoków na 102 metr (HS) lub dalej. Co więcej poprawiono nawet rekord obiektu. Zwycięzcą został zawodnik bez wygranej w obecnej edycji Pucharu Świata. Polacy skończyli zawody bez medalu, ale wypadli przyzwoicie, jeżeli brać pod uwagę ten sezon.
Człowiek od zadań specjalnych
Kolejny tytuł do swojej kolekcji zgarnął Marius Lindvik. Niespełna 27-letni Norweg ma już indywidualne złoto Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, mistrzostwo w lotach narciarskich z Vikersund i od teraz (02.03.2025) tytuł mistrza świata na skoczni normalnej. Dokonał tego dzięki skokom na 108 (nowy rekord obiektu) i 104,5 metra. Notą 265,5 punkta o 2,3 oczka wyprzedził drugiego Andreasa Wellingera. Podium uzupełnił wicelider PŚ – Jan Hoerl, który uzyskał odległości na poziomie 107 i 102 metrów oraz notę 256,3 pkt. Za podium o 3,7 punkta znalazł się Karl Geiger. 0,1 pkt mniej od Niemca miał triumfator sobotnich kwalifikacji – Forfang, który skakał na odległości 107 oraz 100,5 metra.
Polskie orły
Najlepszym spośród Biało-Czerwonych okazał się Paweł Wąsek, który skokami na 99 i 102. metra uzbierał 234,5 punktu. Dzięki lepszej drugiej próbie poprawił się o 3 lokaty, co pozwoliło mu zakończyć konkurs na 10. miejscu. W stosunku do pierwszej serii o 3 miejsca awansował również Dawid Kubacki. Zawodnik z Nowego Targu zakończył norweską rywalizację na 19. miejscu ze skokami na 100 i 99,5 m. Tuż za nim znalazł się broniący tytułu mistrza świata – Piotr Żyła. W pierwszej serii uzyskał 104,5 metra, po czym sędziowie obniżyli belkę z 14 na 13. Przez to też wielu skoczków, którzy mieli krótsze próby, po pierwszej serii było przed nim (sam był dziewiętnasty). Do finałowej serii spośród Polaków dostali się jeszcze Aleksander Zniszczoł (28. miejsce) i Jakub Wolny (29. lokata). Obydwaj z nich zaliczyli spadek względem pierwszej odsłony konkursu. Zniszczoł przez finałową próbę na 87. metr (13 metrów krócej niż w 1. serii), spadł o 17 pozycji, Wolny zaś o 6.
Miękkie i twarde lądowanie
Jak w wielu konkursach rangi mistrzowskiej, tak i w tym nie zabrakło nieoczekiwanych wyników. Największym pozytywnym zaskoczeniem jest rezultat Vladimira Zografskiego, który zajął 9. miejsce oraz oddał jedną z dłuższych prób w zawodach (105 metrów). Nieoczywiste były również wyniki dwóch z Finów. Antii Aalto oraz Kasperi Valto, na co dzień walczą o miejsce w TOP 30 zawodów, czasem nawet samo przejście kwalifikacji jest wyczynem. Na małej skoczni jednak pokazali się z dobrej strony i zajęli odpowiednio 12 oraz 26. miejsce.
Konkurs ten natomiast zdecydowanie gorzej zapamięta Daniel Tschofenig. Niespełna 23-latek przyjechał do Norwegii jako lider PŚ, z marszu był wymieniany jako główny kandydat do złota. Jednak w sporcie, podobnie jak i w nadchodzącej gali Oscarów, nie zawsze dochodzi do oczywistych rozstrzygnięć. Tak właśnie było w przypadku Austriaka, który zakończył zmagania na skoczni małej na 21. lokacie. Rozczarowaniem dla gospodarzy jest bez wątpienia rezultat Kristoffera Sundala, który rywalizację zakończył już na pierwszej serii. Podobnie stało się w przypadku Timiego Zajca, który uzyskując tylko 93 metry, zakończył niedzielne zmagania na 37. miejscu. Spadek formy względem początku sezonu potwierdził Pius Paschke, który uplasował się na 30. lokacie.
Obrazek wyróżniający: Pixabay
