“Ja najbardziej w życiu NIE żałuję, że jestem kimś innym” – wywiad z Mateuszem Święcickim

Dlaczego Mateusz Święcicki wybrał dziennikarstwo? Jak wspomina postać Pawła Zarzecznego? Czy czuje się dziennikarzem spełnionym, skoro skomentował już większość najważniejszych wydarzeń piłkarskich? Przy nagrywaniu, którego dokumentu sportowego pracowało mu się najlepiej? Zapraszamy na wywiad z Matuszem Święcickim, komentatorem sportowym stacji Eleven Sports. 

Sebastian Warowny, Coś Nowego: Jest Pan jednym z nielicznych dziennikarzy sportowych, który ukończył kierunek dziennikarstwa, ponieważ jeszcze kilkanaście lat temu istniał on jedynie na dwóch największych uniwersytetach w Polsce (UW i UJ – przyp. red.). Czy ten wybór był zaplanowany? 

Mateusz Święcicki, Eleven Sports: To była jedyna szansa, żeby wyrwać się z małej miejscowości Jeżowe na Podkarpaciu. Dzięki konkursowi zorganizowanemu przez Fundację “Dzieło Nowego Tysiąclecia” i Uniwersytet Warszawski. Oni dawali stypendium. Bez tego stypendium nie mógłbym się utrzymać w Warszawie, w związku z tym był to bardziej wybór racjonalny aniżeli związany z marzeniami o studiowaniu dziennikarstwa. Ja partykularnie użyłem tego kierunku studiów do prowadzenia ciekawego życia i muszę powiedzieć o tym, że wiedziałem o tym kierunku bardzo dużo, a najwięcej w takim sensie, że on w niczym mi nie pomoże, ale też w niczym mi nie przeszkodzi. 

SW: Czyli studia nie nauczyły Pana zawodu? 

MŚ: Nie. Zawodu nauczyli mnie starsi dziennikarze, redakcje, życie, bary, restauracje, stadiony, szatnie i różne inne pokoje, które są istotne dla futbolu; ale podkreślam, kierunek dziennikarstwa mi też nie przeszkodził. Jeżeli miałbym powiedzieć o jakimś plusie to pozwolił mi poznać rynek medialny, dzięki temu wiedziałem jakie są gazety, telewizje, rzeczywistość i dał mi dużo wolnego czasu. 

SW: Mówi się, że dziennikarstwo sportowe wybierają osoby o niespełnionych ambicjach w sporcie. Jak to wyglądało w Pana przypadku?  

MŚ: Ja jestem niespełnionym piłkarzem, czasami to podkręcam, mówiąc, że jestem bardzo niespełnionym piłkarzem, co jest oczywiście pewną hiperbolą. Natomiast uważam, że dziennikarze wykonują drugi najpiękniejszy zawód. Jeżeli mamy mówić o jakiś minusach, powiedzmy, że jesteśmy szczęśliwi w 99%, to zawsze ten 1% dotyczy tego, że nie graliśmy w piłkę na najwyższym poziomie i nigdy grać nie będziemy; ergo, stoję sobie przy linii na Santiago Bernabeu, prowadzę studio, albo występuje w studiu, ale wiem, że nie mogę wejść na boisko, co byłoby już spełnieniem stuprocentowym. No, ale takie jest życie…  
Co do dziennikarstwa sportowego i studiowania dziennikarstwa powiem jeszcze jedną rzecz. Dlaczego ten kierunek warto dzisiaj wybrać? Bo dzisiaj, w tym świecie, który nas otacza coraz istotniejsze są umiejętności miękkie. Coraz częściej w różnych kierunkach studiów, nie tylko w dziennikarstwie ludzie mówią: “Ważniejsze jest to jaki jesteś niż co studiujesz” – a dziennikarstwo na pewno ci niczego nie zabierze; zwłaszcza czasu, a dzisiaj czas jest najważniejszą wartością w pracy każdego dziennikarza.  

SW: Wypłynął Pan na szerokie wody pracując w Orange Sport, stacji, która wówczas miała prawa do Ekstraklasy. Pracował Pan u boku śp. Pawła Zarzecznego. Jak wspomina Pan tamtą pracę i Pawła Zarzecznego? 

MŚ: To była nieprawdopodobna historia związana oczywiście z jakimś funkcjonowaniem w życiu Pawła i w pewnym momencie można było nawet odnieść wrażenie, że Paweł jest jedną z najczęściej spotykanych postaci w moim życiu. Był zatrudniony na pełen etat w Orange Sport i pojawiał się tam codziennie. Był czarującą osobowością, która jednoczyła wokół siebie wielu ludzi, przede wszystkim miał tę umiejętność niedeprecjonowania młodego pokolenia. On zawsze był ciekaw, co mają młodzi do powiedzenia.  
Poza tym, drugi aspekt, który zawsze podkreślam – życia towarzyskiego. Paweł chciał być takim nauczycielem życia. My wiedzieliśmy, że on jako człowiek nie jest godny naśladowania w stu procentach, jeżeli chodzi o pewne sprawy natury rodzinnej i obyczajowej. Zabieraliśmy z niego wszystko co najlepsze, czyli przede wszystkim umiejętność – jak to mówi moja mama – “pyskowania”, czyli takiej gadki polegającej na szermierce słownej. Dzisiaj się to objawia chociażby w moich relacjach z Łukaszem Wiśniowskim. Jesteśmy po dwóch stronach barykad, to się nawzajem atakujemy. Nawet ostatnio Łukasz Piszczek, który jest serdecznym kolegą Wiśniowskiego napisał: “Ale wy ze sobą jedziecie”, nie rozumiejąc tego kontekstu, że to jest wszystko jakaś serdeczność, przyjaźń podszyte jednak pewną sympatią. Myślę, że to z nas Zarzeczny wydobywał, czyli chęć konfrontacji. Przede wszystkim wpoił nam jedną istotną pod kątem przyszłości każdego dziennikarza rzecz, a mianowicie fakt, że dziennikarz nie istnieje bez czytania książek. 

SW: Obecnie jest Pan jednym z najpopularniejszych komentatorów sportowych w Polsce. Twarzą Eleven Sports. Komentuje Pan większość najważniejszych meczów np. El Clasico. To chyba powód do dumy? 

MŚ: Pod kątem zawodowym tak. Natomiast muszę powiedzieć, że najważniejszym powodem do dumy dla mnie jest to, że jestem szczęśliwym człowiekiem, także pod kątem zawodowym. Wreszcie jestem tym kim chciałbym być i wreszcie mogę wykonywać ten zawód, tak jak sobie wymarzyłem; bo jak ktoś wchodzi w ten zawód i myśli, że od pierwszego dnia będzie robił to o czym marzył, czyli, że będzie komentował najważniejsze wydarzenia sportowe, jeździł po świecie, produkował content, robił wywiady pisane, mówione itd., to często zderza się z brutalną rzeczywistością, bo trzeba przejść przez etapy. Być mediaworkerem, oznacza, że czasami trzeba wejść na jakiś poziom, później zjechać, różnie bywa; ale jeżeli chodzi o sprawy polegające na odpowiedzi na pytanie czy jesteś szczęśliwy z tego co masz, kim jesteś, gdzie jesteś – odpowiadam zdecydowanie tak.  Woody Allen mówił: “Najbardziej w życiu żałuję, że nie jestem kimś innym.” Ja najbardziej w życiu NIE żałuję, że jestem kimś innym. 

SW: Wracając do tematu El Clasico. Zdradzi nam Pan jakąś ciekawą anegdotkę z niedzielnego wyjazdu na Santiago Bernabeu?  

MŚ: Tak, oczywiście. Przyszedł się szarogęsić na trybunę pod nami Tomek Ćwiąkała, mój serdeczny przyjaciel. Przyszedł i mówi tak: “Święty, tu jest moja torba, mój plecak i ja teraz idę pogadać z poważnymi ludźmi, a ty przez godzinę masz tego pilnować”. I ja jako paź Tomka Ćwiąkały oczywiście posłusznie gapiłem się na ten plecak, żeby mu nikt nic nie ukradł. Swoją drogą, co mieliby ukraść gościowi, który w plecaku nosi jakieś banalne rzeczy.  
I powiem taką historię, która może jest zabawna. Pewnego razu stewardessa rozpoznała grupę dziennikarzy Eleven Sports i powiedziałem do niej, że ja się do tych kolegów nie przyznaję, bo oni są ze wsi i chcieli tutaj wnieść na pokład kosze wiklinowe i gęsi. Ryczeli z tego wszyscy ludzie w samolocie, więc to było dosyć zabawne. Jeszcze, jeżeli chodzi o inną historię, która mnie bardzo rozczarowała, żaden z moich kolegów nie chciał ze mną jechać do muzeum Prado, czyli do galerii z wybitnymi dziełami sztuki w Madrycie, co udowadnia, że moi koledzy mają zamiast swoich łbów piłki – y nada más, w nawiązaniu do hiszpańskiej piłki. Natomiast cudowną rzeczą w Eleven Sports, elementem, który po prostu pielęgnujemy w sobie, jest permanentne naśmiewanie się z siebie samych. 

SW: Trzeba mieć dystans do siebie i wykonywanej pracy. 

MŚ: Tak, to prawda. Marcin Gazda wypisujący na mnie różne rzeczy, obrażający mnie i ja jego, to wszystko sprawia, że jest jakiś twórczy wen. 

SW: Ma Pan jakąś inspirację, wzorzec, jeżeli chodzi o dziennikarzy, zarówno z krajowego, jak i zagranicznego podwórka? 

MŚ: Tak, moim wielkim wzorem, idolem i człowiekiem, którego bardzo chciałbym naśladować, ale niestety nie umiem jest Łukasz Wiśniowski. (śmiech) 

SW: Razem z Filipem Kapicą prowadzicie kanał 2AngryMen na YouTube. Jest tam wiele ciekawych materiałów. Pracę, przy którym dokumencie wspomina Pan najlepiej? Z Paulo Dybalą, bo mieliście przyjemność poznać bliżej jego rodzinę czy może coś innego? 

MŚ: Filipe Luís Kasmirski. To była Polska, wzruszenia, lekcja patriotyzmu i Brazylia; kraj niepodrabialny i jedyny w swoim rodzaju, więc to jest rzecz, której się pewnie nie da powtórzyć. Czasami jest coś takiego, że zrobiłeś coś i nie ma już szansy na nic lepszego, inaczej, na coś bardziej wzruszającego. I ja mam takie poczucie, że to była najważniejsza historia i nawet nie chodzi o dziennikarstwo, a o taką lekcję życiową. Ja każdemu życzę, żeby w życiu zrobił coś takiego, co jego osobiście wzrusza. Nie ma znaczenia czy ktoś ci to dobrze oceni, czy źle. Taki decydujący moment dla mnie był wtedy, kiedy oni mnie pożegnali i odwieźli z Massaranduby na dworzec do Jaraguá do Sul. Była godzina 23:00, już ciemno w Brazylii. Siedziałem sam na dworcu i czekałem na autobus do Kurytyby, skąd leciałem do Rio, a następnie do Polski. I to już było po zdjęciach, nagraniach i ja wtedy byłem tak szczęśliwy, tak wzruszony po tym co zobaczyłem, że wtedy poczułem się takim prawdziwym dziennikarzem, kilkanaście tysięcy kilometrów od swojego miejsca zamieszkania. 

SW: Swoją drogą, uważam, że wasz kanał (40 tys. subskrybentów – przyp. red.) robi zbyt małe zasięgi jak na jakość, którą prezentujecie. To jest przykre, że merytoryczne dziennikarstwo sportowe przegrywa z Hejt Parkiem z Marcinem Najmanem. 

MŚ: To jest naturalne. Ja to w pełni rozumiem, dlatego że taki jest ten świat. Natomiast mam wrażenie, że bardziej na tej oglądalności utyskują inni a nie ja. I pewnie, że chciałbym mieć miliony, ale teraz też jest dobrze. Mnie to rozwija. Wiesz co, problem polega też na tym, że ludzie ciągle chcą więcej. Każdy chce mieć więcej subskrybentów, followersów. Trzeba mieć umiar. Ja myślę, że mam w sobie umiejętność umiaru i jestem zadowolony z tego co jest, nie ma co narzekać. Poza tym robię to hobbystycznie. Są ludzie, którzy chodzą hobbystycznie na siłownię, ja robię hobbystycznie filmy. 

SW: Zboczę teraz diametralnie z tematu i na zakończenie zapytam o wątek, którego nie mogło zabraknąć. Mianowicie serial Świat Według Kiepskich, który w oczach wielu ludzi jest prymitywną produkcją dla ludzi z niskim ilorazem inteligencji. Jak przełamać ten stereotyp, żeby zachęcić ludzi do głębszego spojrzenia w ten serial? 

MŚ: Bo jest (śmiech). Nie zachęcisz, jeżeli ktoś nie ma w sobie sowizdrzalskiego poczucia humoru i swoistej ironii. Ja rozumiem ludzi, którzy uważają, że jest to głupi serial, bo moim zdaniem między odcinkiem 0 a 200, to jest gówniany serial, który się nie nadaje w ogóle do emisji. Totalna katastrofa. Od odcinka 350 dalej…, to też jest katastrofa, ale między odcinkami 200-350 znajdują się genialne perły opisujące nas. Ciebie, mnie, lustrzane odbicie naszych przywar, krzywe zwierciadło Polski i dialogi, które stają się ponadczasowe. Mi się wydaje, że żaden serial nie jechał tak po bandzie z Polską i z tego co się orientuję założenie przy jego powstawaniu było jedno – jedziemy ostro po wszystkich. I oni jechali po każdej partii politycznej, po organizacjach religijnych, ale jednocześnie robili to ze smakiem. Dla mnie to jest pewien wzór, ponieważ uważam, że ta głupota, o której ty mówisz czasami przechodziła w nadgłupotę, a nadgłupota stawała się elementem mądrości. Doskonale bawiłem przy tym serialu, bo widziałem też siebie samego, swoich znajomych itd., a jak podkreślam jedną z cech, którą trzeba w sobie pielęgnować w dwójnasób jest to, żeby mieć dystans do samego siebie. Nie traktować siebie na serio. Nie tylko o tym mówić, ale też po prostu realizować, chociaż wiadomo, że każdy z nas się czasami zdenerwuje, ponieważ nie mamy totalnego dystansu do siebie. Choć ja nie jestem zwolennikiem Charlie Hebdo, które już idzie totalnie po bandzie. Kiepscy byli zrobieni z jakimś tam wyczuciem. 

SW: Dzięki za rozmowę!

Sebastian Warowny

Student dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Pasjonat sportu. Głównie piłka nożna i Serie A. Nieobojętny na inne ligi czy dyscypliny sportowe. W wolnym czasie kinomaniak.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.