Matka Trucicielka – historia epidemii na Śląsku

W latach 70., na Śląsku wybuchła tajemnicza epidemia. Wszystkie przebadane dzieci należało uznać za chore, jednak w systemie PRL-owskim prawda musiała być utrzymywana w sekrecie.  Gdyby nie dwie lekarki, nie wiadomo, jak potoczyłaby się historia ich pacjentów.  

Ołowicę wśród pracowników Huty Metali Nieżelaznych Szopienice wykrył już przed II wojną światową Edmund Grygiewicz, lekarz z Raciborza. Jego pacjenci byli osłabieni, mieli anemię, wypadały im zęby. Minęło jednak jeszcze kilkadziesiąt lat, nim zorientowano się, że choroba atakuje także ich dzieci.  

Należy wspomnieć, że warunki w jakich żyli hutnicy z rodziną, były tragiczne. Ołów znajdował się na powierzchni, dzieci bawiły się w skażonej ziemi, mimo że nie przeżywały na niej żadne zwierzęta oprócz szczurów. O higienę również należycie nie dbano; często nie myto rąk, a nawet jeśli, to przeważnie w tej samej, brudnej wodzie.   

Wreszcie młoda lekarka, Jolanta Wadowska-Król, zauważyła, że sporo chorych dzieci jest błędnie diagnozowanych, natomiast profesor Hager-Małecka uczestniczyła w konferencji medycznej w Szwajcarii, gdzie opisywano przypadek zatrucia ołowiem u dziecka i skojarzyła go z sytuacją w Polsce. Po powrocie zleciła zapisywać wyniki badań i wysyłać sobie raporty, co też zrobiła doktor Król. 

Dzięki niej, najbardziej chore dzieci trafiały do sanatorium. Pomimo tego, sprawa nie została upubliczniona, badania musiały być prowadzone w konspiracji, gdyż huta była wielką dumą władzy i ogłoszenie, że zagraża zdrowiu, wiązałoby się z upokorzeniem. Lekarka miała z tego powodu spore problemy – nie mogła obronić doktoratu, a nawet straszono ją więzieniem; nie poddawała się jednak. W walce bardzo pomogła jej wspomniana już profesor Hager-Małecka, która wzięła na siebie ryzyko represji ze strony władz wojewódzkich. Sporym sukcesem były jej interwencje – najpierw u wojewody Ziętka, a następnie u Edwarda Gierka, dzięki czemu przesiedlone zostały najbardziej zagrożone rodziny; co prawda zaledwie 700 metrów od huty, ale przynajmniej zamieszkały w nowych blokach, a ziemia została przeorana, więc ołów wsiąkł.

Zdiagnozowano około 5 tys. dzieci, ale zdaniem doktor Król, według dzisiejszych standardów za chore należałoby uznać wszystkie wówczas przebadane. Przyznaje, że wielu z nich nie udało się uratować, nie wiadomo też, jakie skutki pośrednie wywołała ołowica, np. w postaci chorób przewlekłych czy nawet wzrostu przestępczości. Zatrucie ołowiem powoduje bowiem pewne genetyczne zmiany, uszkodzenie układu ośrodkowego i może być przyczyną depresji oraz skłonności do nałogów. W związku z tym warto wspomnieć, że właśnie w rejonie huty najwięcej jest w Polsce osób, mających konflikty z wymiarem sprawiedliwości. 

W 1981 roku zamknięto piec do wytapiania ołowiu, potem stopniowo kolejne. W 2002 roku wstrzymano wytop cynku. Sześć lat później huta przeszła w stan likwidacji. Niektórzy za nią tęsknili, gdyż dla wielu ludzi jej upadek wiązał się z utratą pracy i biedą. Jak słusznie zauważył Michał Jędryka, autor książki „Ołowiane dzieci” – huta z jednej strony tak jak matka dawała im chleb, z drugiej truła ich dzieci.   

Nie ulega jednak wątpliwości, że gdyby nie likwidacja zakładu oraz działalność dwóch kobiet, sytuacja mogłaby przybrać o wiele gorszy obrót. Zwłaszcza bez udziału Jolanty Wadowskiej-Król, która w 2015 roku otrzymała medal „Za Zasługi dla Ochrony Praw Człowieka”. Z dumą nazywana jest też Matką Boską Szopienicką. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *